Co tu dużo pisać…

Listopad 22, 2006

Dziś odprowadziłam synka do przedszkola. Byłam zachwyconadekoracjami jesiennymi. Okna naprawdę były przecudne. Na drzwiach wisiaławiązanka z kolorowych liści. Piotruś nie mógł się doczekać wejścia do środka.Dziś dzieci miały dowiedzieć się co nieco o Warszawie. Za pomocą kolorowychilustracji panie przedszkolanki miały przekazać naszym maluchom najcenniejszeinformacje o stolicy. Piotruś nie mógł się doczekać tej lekcji. Jest bowiempasjonatem komunikacji i chciał koniecznie opowiedzieć innym dzieciom tramwajachi autobusach.

Teraz siedzę w pracy i czekam na wenę twórczą. Szef zleciłmi przygotować wszystkie dokumenty dla agencji reklamowej, która mawypozycjonować naszą stronę w Internecie. Dodatkowo agencja zobowiązała sięzrobić nową reklamę naszej formie. Część dokumentów mam w komputerze. Wzasadzie w tym piekielnym sprzęcie, który od czasu do czasu „obraża” się namnie i nie chce współpracować. Prosiłam już informatyka firmowego, by zmienił wtej nowoczesnej technologii oprogramowanie, ale jakoś nie ma czasu. Ostatniowyczytałam w jakiś sondażach, że informatycy powinni pracować w nocy – wtedy imsię najlepiej myśli i zdążą wszystko zrobić. No ale przecież na podstawie jakiśtam danych statystycznych nie można zmuszać ludzi do pracy w nocy.

Hmmm… Zrobię sobie przerwę na śniadanie. Wczoraj przyokazji przyrządzania makaronu na obiad upiekłam ciasto. Ten przepis kulinarnyznaleziony w jakimś kolorowym piśmie okazał się rewelacyjny. Ledwie zdążyłamukryć cześć tego wspaniałego deseru na dziś przed mężem i Piotrusiem. Jutroczeka mnie niecierpliwie oczekiwana lekcja jogi. Lubię te zajęcia, bo pomagająmi się oderwać od codziennej szarej rzeczywistości.

No dobra biorę się do tych dokumentów, bo inaczej cały dzieńmi zleci na czekanie na wenę. Najpierw napiszę niezbędne dokumenty po polsku, apotem dam koleżance do przetłumaczenia na język angielski. Swoją drogą z chęciąwybrałabym się na jakieś kursy języków obcych. Znajomi od dawna wysyłają mniedo szkoły języków obcych. No cóż pożyjemy, zobaczymy. Adios ludziska.

Reklamy

Jeden dzień z życia bezdomnego

Wrzesień 29, 2006

Już od rana czuł, że będzie to niezwykły dzień. Pamiętał doskonale reprymendę od dyrektora firmy, więc postanowił, że poprosi swoją sekretarkę – uroczą kobietę o napisanie kilku porad i newsów na stronie internetowej firmy. Dla pani Joli, kobiety oswojonej z pracą na komputerze była to pestka, a szef w końcu da mu święty spokój. Za najważniejszy punkt swojego dnia uznał przeglądanie ofert i reklam. Interesowały go drzwi i okna, które szef zamierzał wymienić w całej firmie jeszcze przed zimą. Musi też porozmawiać z kandydatami do pracy w księgowości. Spodziewał się ich dużo, gdyż kilkukrotnie w lokalnej prasie zamieścił oferty pracy. Zmobilizował więc swoje siły i zabrał się do realizacji wyznaczonych przez siebie punktów dnia.
W momencie, gdy rozmawiał o pracy z niezwykle atrakcyjną kobietą dwudziestoletnią zadzwoniła komórka. Z niechęcią odebrał telefon od żony. Dowiedział się, że żona korzystając z najnowszych przepisów kulinarnych ugotowała coś, co w żaden sposób nie przypominało jadalnej potrawy. „No cóż – nie pierwszy raz będę jadł na mieście” – pomyślał. Z firmą sąsiadowało kilka ekskluzywnych restauracji. Poza tym w rodzinnej Warszawie trudno umrzeć z głodu. Ze słodkim szczebiotem żona oświadczyła również, że ich ośmioletni syn nie zamierza iść na dodatkowe lekcję języka angielskiego, bo musi skończyć grę na komputerze. Gdy zaczęła mu to wyperswadowywać syn pochwycił stojącą lampę i rzucił nią w okno rozbijając szybę. Tego było już za wiele. Nerwy odmówiły mu posłuszeństwa. Zaczął krzyczeć na żonę przez telefon. Jego krzyk przeszedł we wrzask, który spowodował, że się obudził.
Uszczęśliwiony, że to tylko sen obłożył się gazetami, nasłuchiwał nadjeżdżających pociągów i długo rozmyślał. Jego życie już nie wydawało mu się takie beznadziejne.